SzukajSzukaj
dołącz do nasFacebookGoogleLinkedinTwitter

Gnuśni, zblazowani, szlachetnie urodzeni nudzą się w pandemii. Recenzja serialu „Dekameron” Netfliksa

Trzeba przyznać, że Netflix potrafi zaskoczyć. Nowy serial komediowy inspirowany nowelami Giovanniego Boccaccio, który swobodnie interpretuje losy florentyńczyków w 1348 roku uciekających przed dżumą, nie dość, że bawi się przeszłością, to idealnie koresponduje z dopiero co minioną pandemią. Serial wyprodukowała Jenji Kohan, twórczyni „Orange Is the New Black” i od razu rozpoznacie jej charakterystyczny styl i słabość do bohatera zbiorowego.

„Dekameron”, Netflix„Dekameron”, Netflix

Sam Boccaccio napisał „Dekameron”, inspirując się prawdziwymi wydarzeniami i doświadczeniem pandemii dżumy, ale serial, mimo że korzysta ze stworzonych przez niego bohaterek i bohaterów, zmienia wiele elementów fabularnych. Imiona i charakterystyki postaci pozostają w dużej mierze te same. Osiem odcinków „Dekameronu” to dosyć prosta historia o tym, ile i kogo jesteśmy w stanie poświęcić, żeby ocalić siebie.

Pewien zamożny dżentelmen, a dokładnie wicehrabia Leonard z Fiesole zaprasza spokrewnionych i zaprzyjaźnionych z nim florentyńczyków, aby przybyli do jego posiadłości Villa Santa i odpoczęli od zarazy toczącej miasto, a właściwie ukryli przed skutkami tzw. czarnej śmierci. Zaproszenie przyjmuje m.in. zdesperowana, 28-letnia „stara panna”, pilnie szukająca okazji do zamążpójścia, niezbyt dobrze dopasowane małżeństwo zwolennika męskiej urody i młodocianej dewotki, a także szlachetnie urodzona Filomena, która, aby wydostać się z miasta, musi dokonać niezbyt szlachetnych czynów.

Gdy goście docierają do willi, pana domu nie ma, ale impreza musi się zacząć, bo przybyli nie są zbyt cierpliwi, więc służba wszystkie brudy (a nawet trupy) sprytnie zamiata pod dywan. I tak przechodzimy do najciekawszej części serialu, czyli dworskich knowań, podchodów, intryg. Na pierwszym planie błyszczy Zosia Mamet, która jako Pampinea, zdesperowana poszukiwaczka męża, wspomina się na szczyty swojego talentu komediowego. Mamet już w „Dziewczynach” pokazała, że potrafi grać bohaterki pisane grubą kreską, często na granicy parodii. Tutaj te granice śmiało przekracza gdy trzeba, ale ujawnia też rysy dramatyczne swojej bohaterki.

„Dekameron”, czyli świat pisany grubą kreską  
Zosia Mamet jest aktorką dość charakterystyczną i gdy pojawiła się w serialu Leny Dunham jako Shoshanna Shapiro, najmłodsza z bohaterek, zafascynowana „Seksem w wielkim mieście”, trudno było przewidywać, że to właśnie będzie jej super moc. Potrafi być zacietrzewiona, kpiąca, pyszna i nieznająca umiaru. Wszystko to jej bohaterce dodaje osobowości i sprawia, że trudno przejść wobec niej obojętnie. Zwłaszcza gdy mówi, że jest „stara, bo ma aż 28 lat”.

Duet niepokorna służąca (w roli Lisiscy występuje świetna Tanya Reynolds, którą na pewno znacie z „Sex Education”) i roszczeniowa dama Filomena (Jessica Plummer) mocno namiesza w relacjach dworskich, zwłaszcza że w tym przypadku kluczową zagadką będzie „kto jest kim?”. Gdy dodać do tego hipochondryka przybywającego z urodziwym, ale niezbyt kompetentnym lekarzem oraz młode małżeństwo w kryzysie, szybko rodzą się konflikty, buzują emocje i krzyżują się rozmaite interesy.

Pampinea jako szacowna matrona  
Każdy coś ukrywa, czegoś się wstydzi, nie chce o czymś wspominać. „Dekameron” to mimo pastiszowej formy, klasyczna opowieść o tym, co wypada mówić i robić, a jak jest naprawdę i na co mamy ochotę. Pampinea bardzo długo wchodzi w rolę szacownej matrony, a jej służąca Misia (w tej roli znana z „Derry Girls” - Saoirse-Monica Jackson) wiernie trwa u jej boku. Jednak pandemia, przymusowa izolacja i życie poza normami społecznymi sprawia, że frustracja bohaterek musi znaleźć ujście.

Jak na osiem odcinków, akcja serialu nie toczy się zbyt szybko. Można odnieść wrażenie, że w pierwszej połowie serialu niewiele się dzieje. Prawdopodobnie cztery pierwsze odcinki można by zredukować do dwóch albo trzech bez większej szkody dla fabuły.

Imprezujemy aż do śmierci  
Netflix promuje serial hasłem „Imprezujemy aż do śmierci” i w jakimś sensie, to właśnie oglądamy w „Dekameronie”. Grupa desperatów w pogoni za namiastką normalności coraz bardziej przesuwa granice tego, „co wypada” szlachetnie urodzonym. Zrzucanie ciał do fosy, żeby nie szpeciły widoku, walka o kawałek chleba, kłamstwa na temat małżeństwa, przyjaźni – wszystko to przydarza się bohaterom, im więcej czasu spędzają w rozległej rezydencji pozbawionej gospodarza.

Jak to zwykle bywa przy bohaterze zbiorowym – niektóre wątki wypadają lepiej, inne gorzej. Na pewno wyróżniają się postaci kobiece, bo to one – jak to w życiu bywa – mają najwięcej do stracenia. Jedna walczy o status społeczny, inna o małżeństwo z prawdziwego zdarzenia, pozostałe o bycie dostrzeżone takimi, jakimi są naprawdę. Przy tym wszystkim krew leje się strumieniami, a trup ściele gęsto. Kolejne niespodziewane zgony narzucają tempo opowieści, ale cały czas można odnieść wrażenie, że historia za długo stoi w miejscu i że wypełniają ją dygresje, bez których fabuła dałaby sobie radę.

Czy warto obejrzeć „Dekameron”?  
W roli Tindaro zwraca uwagę Douggie McMeekin jako samolubny, dobrze wykształcony, ale kompletnie niezsocjalizowany szlachcic hipochondryk, który nie rusza się na krok bez swojego medyka Dionea (w tej roli Amar Chadha-Patel). Ciekawie wybrzmiewa relacja między dwójką mężczyzn: jeden zna rozkosze cielesne i prawdziwe życie, a drugi tylko teorię.

„Dekameron” nie trzyma się kurczowo literackiego pierwowzoru; czerpie z pomysłu Boccaccio i reinterpretuje uniwersalne ludzkie słabości, puszczając oko do współczesnego widza. W serialu pojawia się zróżnicowana, odważna i niekonwencjonalna ścieżka dźwiękowa.

Poszczególne odcinki stanowią zbiór dygresji przemieszanych z wątkami konkretnych postaci. Dość często bohaterowie po prostu siedzą i rozmawiają, co około szóstego odcinka może być nużące. Zabawnie wypadają momenty, w których elementy pandemii szerzącej się we Włoszech przypominają nasze życie sprzed kilku lat. Pytania o objawy, okoliczności, gdy zaistniało ryzyko zarażenia oraz wiara w to, że bóg karze społeczeństwo, brzmią całkiem znajomo.

Mimo że w większości bohaterowi szukają doznań, seksualnych przygód, miłości, przyjaźni, to śmierć czai się na każdym kroku i osacza mieszkańców willi. Nie zawsze pomaga ochrona w postaci cebuli, ani zamkniętych szczelnie drzwi.

„Dekameron” spodoba się fanom „1670”, bo i w tym przypadku nie brakuje kpiny z dobrze urodzonych użalających się na swój ciężki los, a przy tym refleksji, jak przypadkowa i nieuchronna jest śmierć niezależnie od zapasów cebuli, które miałyby ją skutecznie odegnać. Rzecz raczej dla wielbicieli parodii i hiperbolizacji.

Serial „Dekameron” dostępny jest w ofercie Netfliksa.